Najczęściej czytane

Dokąd zmierzasz, Europo - PISA 2012

By : Unknown
Tak jak napisałem ostatnio, dzisiejszy tekst poświęcony będzie statystycznemu polskiemu uczniowi. I jego (nie)przystosowaniu do życia w prawdziwym życiu.

Co trzy lata robione są badania PISA – ostatnie miały miejsce w 2012 roku. Nasz rząd szczycił się tym, iż udało się nam uplasować w 4 najlepszych krajów Europy pod względem edukacji. Sukces? Tylko teoretyczny.



Sposób mierzenia punktów jest względnie prosty i myślę, że można nazwać go sprawiedliwym. Grupie uczniów (wybiera się zdolnych, średnich i słabych z 66 krajów) przeprowadza się testy. Potem, sumując punkty, ocenia się średni poziom edukacji w danym kraju. Oczywiście jest to dość złożona procedura, ale patrząc na końcowy ranking, sądzę, że system działa sprawnie. Polska na ten przykład plasuje się za Finlandią, Estonią i Holandią. Powód do dumy? Nie, raczej nie.

Po pierwsze, warto zauważyć, że kraje Europy przy każdym kolejnym badaniu coraz bardziej odstają od krajów Azjatyckich. Ewidentnie coś z naszą podstawą programową jest nie tak (na ciebie patrzę – Unio!). Skoro skośnoocy 12 lat temu nie byli nawet w pierwszej piątce, teraz zaś okupują całą czołówkę (Chiny, Hongkong [jest liczony osobno], Singapur, Japonia, Korea), to oznacza to, że Europa się cofa. Azjaci zaś idą do przodu.

O ile nie przeszkadza mi to, że kraje innego kontynentu się rozwijają (przecież nie wszystkie kontynenty muszą cofać się w rozwoju tak, jak robi to Europa), to fakt, że nasze wyniki są traktowane jako sukces już tak. Polacy akurat ostatnio poprawili swój wynik – w mediach był szum ogromny, ale…

ALE! Nie są to jedyne badania, jakie się przeprowadza. Jest podział na tzw. mądrość szkolną i mądrość życiową. Powiem tak – udało nam się wyprzedzić Rumunię i Białoruś. Jakoś o tych wynikach jest u nas cicho.

Zapytacie – w jaki sposób mierzy się tę całą „mądrość życiową”? Odpowiadam – moim zdaniem – sprawiedliwie. Na tej samej grupie uczniów robione są testy. Mają na przykład wyznaczyć sobie przejazd tramwajem z punktu A do punktu B tak, aby mieć jak najmniej przesiadek/zapłacić jak najmniej i tak dalej. Sprawdzana jest też wiedza o najlepszych ulgach podatkowych, logistyce, no same rzeczy, które się w życiu przydają.

I tutaj leżymy. Polskę wyprzedza niemalże cała Europa, Europę zaś Azja (nie dziwi mnie to) oraz Ameryka (lekkie zdziwienie, ale mówię – my się cofamy w rozwoju). Jak powiedziałem kiedyś, że dziwi mnie, dlaczego u nas nie tylko w szkołach średnich, ale i w szkołach podstawowych/gimnazjalnych nie ma lekcji poświęconych podatkom – wyśmiano mnie. Stwierdzono, że to absurd i po co sobie zawracać tym głowę. Moim zdaniem to byłby jeden z lepszych przedmiotów (w Wielkiej Brytanii zresztą jest od wielu lat). Niby mamy podstawy przedsiębiorczości, ale prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia, co te lekcje miały mi dać. Bo jakby się tak zastanowić, dalej nie wiem, jak założyć własną firmę – w jakich latach płacić będę niższe podatki, od czego zależne są ulgi itd.


Moim zdaniem system edukacji w Polsce jest zły. Czy trzeba go reformować? Niekoniecznie… Na pewno jednak 6 latki w szkołach, pseudo „darmowe” podręczniki i obowiązkowe matury nam nie pomogą w zmianie obecnego stanu rzeczy.


UWAGA - REKLAMA! Założyłem własną stronę (kto śledzi fp Kwadratury, ten wie) - www.radykalni.org - piszę tutaj nie tylko ja, teksty pojawiają się więc znacznie częściej - wchodźcie, czytajcie, lajkujcie, komentujcie. 

Dzięki Ci CKE za trudną maturę!

By : Unknown
No, egzaminy maturalne już za mną. Przynajmniej te, które były obowiązkowe w części pisemnej. O nich będzie też dzisiejszy tekst. A także o tym, dlaczego nie widzę sensu matur (edit: to jednak będzie innym razem).



Zacznijmy od tego, że czytając różne portale i oglądając TV doszedłem do wniosku, iż większość osób uważa tegoroczną maturę za ciężką. Zwłaszcza obowiązkową podstawę z matematyki.

Przypuszczam, że faktycznie średniemu uczniowi egzaminy te mogły sprawić problem. Przyjmijmy więc założenie, że tegoroczne matury (ale tylko te obowiązkowe!) były trudne. Co zrobić z tym faktem? Moim zdaniem nic, tylko się cieszyć!

Na pytanie dlaczego odpowiedź jest dość prosta. A brzmi ona: bo trudna matura jest sprawiedliwsza. Już spieszę z wyjaśnieniem. Załóżmy, że mamy dwóch uczniów. Dajmy na to Jacka i Tomka. Ich matura jest banalnie prosta, chłopcy piszą ją na bardzo wysoki procent. Tak samo jak większość maturzystów. I co wtedy? Otóż wtedy uczelnie mają problem. Obaj mężczyźni chcą iść na prawo.  Robi się zamęt. Matura była prosta, każdy ma dobre wyniki, ciężko jest wskazać, który uczeń jest lepszy. Wiadomo, decydują jeszcze przedmioty dodatkowe – ale co jeśli i one były proste?

Wtedy oczywiście uczelnia ma problem, o być albo nie być Tomka i Jacka mogło zadecydować jedno głupie zadanie. Tomek, choć generalnie lepszy i pilniejszy uczeń - nie trafił raz w klucz. Jacek, choć gorszy – trafił. I co się dzieje? Zostaje przyjęty Jacek.

Oczywiście sytuacja jest uproszczona, ale mam nadzieję, że rozumiecie mój tok rozumowania. A teraz drugi wariant (chyba tegoroczny) – matura jest trudna.

Jacek zdobył 60%, niektóre zadania go przerosły, nie był w stanie ich rozwiązać. Podobnie jak połowa jego kolegów, niektórzy nie zdali w ogóle. A Tomek? A Tomek napisał na 90%, dzięki wyższemu poziomowi lepiej zarysowała się różnica pomiędzy chłopcami. I w ogóle innymi maturzystami. Dzięki temu uczelnie mogą trafniej i sprawiedliwiej podejmować decyzje o tym, kogo chcą przyjąć.

Teraz rozumiecie? Trudna matura oznacza egzamin sprawiedliwy, wiadomo, raz trafi się na pytania z materiału, który sobie przyswoiłeś lepiej, innym razem na takie, z których niewiele powtarzałeś. Tu też liczy się szczęście. Jednak generalnie prawdopodobieństwo trafnej analizy umiejętności ucznia jest większe, gdy matura jest trudna.

Jeszcze inną sprawą jest fakt, że tegoroczna – ciężka matura mogła mieć inny podtekst. Ciężka matura – gorsze wyniki. A w przyszłym roku wchodzi nowa podstawa…I już nasze polskie „szpece” od edukacji będą mogły powiedzieć, że stara podstawa była gorsza, bo wyniki były słabsze, a teraz jest nowa no i sami zobaczcie – jak to pięknie ją uczniowie piszą!

Moim zdaniem tegoroczna matura faktycznie miała kilka cięższych zadań. Jednak były też zadania banalne. Także myślę, że 30% powinien mieć każdy co bardziej rozgarnięty uczeń. Za to potem robi się już coraz większa przepaść - i bardzo dobrze.

Ten tekst wyszedł mi względnie długi, miało być coś jeszcze, ale już sobie podaruję – powiem tylko, że kolejny będzie o tym, jak polskie szkolnictwo jest nieprzystosowane do nauki uczniów prawdziwego życia na tle innych krajów Europy.


Mój znajomy zrobił zabawne gifty o maturach z polskiego i matmy, polecam oblukać, nie pożałujecie.

Hitler bohaterem wszech czasów?

By : Unknown
Powiem wam, co mnie od dawna frustruje. Bohaterowie historyczni. Na dobrą sprawę uważam, że nie ma czegoś takiego jak persona powszechnie uważana za godną podziwu.



No może i są takowe, ale nie spośród dowódców. Dlaczego tak uważam? Ano dlatego, że każdy, ale to absolutnie każdy znany przywódca doszedł do władzy po śladach czyjejś krwi. A nawet jeśli nie doszedł do głosu poprzez mord, to potem jednak krew rozlał. Jakieś przykłady? A mam.

Przykład pierwszy – Juliusz Cezar                  

No czyż nie kojarzy się nam pozytywnie? Wielki Rzym, na czele którego stał. Wieńce laurowe, wielkie batalie, w których zawsze zwyciężał. O właśnie – batalie. Zastanówmy się – czy jest coś takiego jak dobra wojna? Jaki konflikt zbrojny jest usprawiedliwiony? Może tylko taki, gdy przyjdzie nam się bronić, generalnie nie popieram jakichkolwiek aktów agresji mających na celu korzyści materialne/terytorialne.

A nasz Julek? Spójrzmy, dziesiątki bitew, monstrualny rozrost Rzymu. To słynne już: „Alea iacta est” (kości zostały rzucone) – gdzie w tym wielkość? Okey, Cezar był dobrym przywódcą. Odniósł całą masę sukcesów, dokonał wielu trafnych reform. Zauważmy jednak, że dążył również do ciągłego powiększania swego terytorium. Kosztem życia ludzi. Często nie mających z Rzymem nic wspólnego ponad to, że jakiś tam władca chce włączyć ich ziemie w swe posiadanie.

Przykład drugi – Napoleon Bonaparte

Jak to tak? Hejtować wielkiego Napoleona („wielkiego” :])? Przecież postawił się carowi, był po stronie Polaków, utworzył Księstwo Warszawskie! A i owszem, utworzył. I chwała mu za to. Jednak i tutaj nie można powiedzieć, że Francuz był idealny. Przykładem będzie choćby wojna z Hiszpanią, która pokazuje, że nawet dobrego sojusznika Napoleon był skłonny zaatakować, o ile ten nie chciał zaspokoić jego żądań (a próba wymuszenia wglądu w sprawy polityczne Hiszpanii i ustanowienie swego brata na króla było żądaniem głupim).

Znów głupio przelana krew. I w Hiszpanii, i pod Moskwą. Ilu ludzi w ogóle z wyprawy na Rosję wróciło? Ilu zginęło w walce, a ilu padło z zimna? I to w imię czego? W imię ambicji moi drodzy, w imię ambicji.

Przejdę teraz do sedna. W moim mniemaniu taki Cezar czy Napoleon niewiele różnią się od Hitlera czy też Stalina. Wszyscy mieli chore ambicje, żądzę wygrywania pomimo wszelkich kosztów. Wysyłali swych ludzi do walki, by ci ginęli w imię swego wodza. Wodza, który pojedyncze jednostki miał gdzieś (cytuję Stalina „Ja mam ludzi mnogo” – na wieść o stratach w ludności poniesionych przez ZSRR), liczyły się tylko sukcesy.
Oczywiście każdy z nich stawiał przed sobą różne cele. Jednak co tak naprawdę sprawia, że Bonaparte czy też Cezar kojarzą nam się jako wielcy wodzowie, a na samo wspomnienie o Hitlerze czy Stalinie zgrzytamy zębami?

Otóż rozchodzi się tu moim zdaniem o dwie rzeczy:

1*      Historię – im większy upływ czasu, tym z większym dystansem podchodzimy do pewnych zdarzeń.
2*      Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – Bonaparte pomagał Polakom!!! Przepędził Ruska! A Hitler i Stalin nas najechali, no to oczywiste, że są źli!!!

No właśnie – i tu mała ciekawostka. Tacy Węgrzy na przykład nie oceniają Hitlera aż tak krytycznie jak Polacy. Nie zapominajmy, że przez pewien czas byli jego sojusznikiem. Z kolei w Rosji wciąż stoją pomniki Stalina. No i nie tylko tam.

Łatwo więc zaobserwować, że to, co myślimy o konkretnych ludziach, zależy od tego, kim jesteśmy. I jak świeża jest nasza pamięć (i dobra wiedza…) o nich.


Czy uważam któregokolwiek z nich za bohatera? Absolutnie nie, ale nie oznacza to, że nie uznaję należnego im miejsca na kartach historii.

Droga Krzyżowa w obrazach Jerzego Dudy Gracza

By : Unknown
Hej!

Dziś będzie mało do czytania, za to całkiem sporo do oglądania i refleksji. Byłem ostatnio w Częstochowie, tam też natknąłem się na obrazy Jerzego Dudy Gracza. Przedstawiają one współczesną wersję Drogi Krzyżowej. Jak mawiał sam autor: "Nasza Golgota jest tu i teraz".

Pragnę tylko zwrócić uwagę na obecny motyw samotności. Jezus musiał mierzyć się z własnym krzyżem (dosłownie i w przenośni) samotnie. Jest to moim zdaniem istotne, ponieważ zaraz po zmartwychwstaniu następuje wybaczenie. Dzięki temu jako chrześcijanie dostaliśmy jasny przekaz - wybaczenie kluczem do zbawienia.


















































Obrazów jest 17, nie 14, to również dość istotna różnica. Co myślicie o takim ukazaniu Drogi Krzyżowej? Do mnie te obrazy trafiają jakoś bardziej. Może to przez swoją dosadność, może przez pewne łamanie barier. A może po prostu dlatego, że są umiejscowione w czasach, w których przyszło mi żyć.

Wypadek pod Chełmnem, czyli selekcja naturalna

By : Unknown
Nie bardzo żywię się pożywką medialną jakimi są kolejne to afery społeczne dziejące się na terenie naszego pięknego kraju. Nie bardzo obchodzi mnie to, w jakim miejscu był pożar, komu komornik zajął mieszkanie, jak żyje się Trynkiewiczowi czy też niejakiej MMM - Matce Małej Madzi.



Dlatego też o wypadku pod Chełmnem dowiedziałem się przypadkowo. Z ciekawości przyjrzałem się sprawie bliżej. Jeśli ktoś nie wie, to w nocy z 12 na 13 kwietnia grupa młodych ludzi (13-17 lat) zabiła się jadąc autem. 7 ofiar śmiertelnych, 2 ranne. Smutne? Tragiczne? I tak, i nie.

Pomyślmy, młodzi zrobili sobie ognisko, trochę popili, zarąbali kluczyki od auta rodzicom i ruszyli pojeździć sobie w teren. Potem to już poszło z górki – zakręt, wjazd w drzewo, śmierć. Bawią mnie osoby, które narzekają na drzewa stojące przy drodze. No, może zbyt wąskie jezdnie jeszcze faktycznie są problemem, ale drzewa? No kurde, jeśli kierowca stracił panowanie nad kierownicą – to jego wina, nie drzewa.
Poza tym w wyżej wymienionym wypadku prawka nie miał nikt. Głupota zwyciężyła nad zdrowym rozsądkiem. A że przyszło za to zapłacić im śmiercią? Cóż, trudno.

Lubimy zwalać winę na innych. Dlaczego tak trudno powiedzieć – kretyni zachowali się jak kretyni, no to zginęli? Za to we wszystkich portalach, które specjalnie przejrzałem widać tylko i wyłącznie lament, jacy to oni byli młodzi, ile to jeszcze życia było przed nimi, no i właśnie jazda po tych drzewach.

No właśnie – drzewach. Po co są one przy jezdni? Nie, to nie jest tylko funkcja ozdobna. Zimą chronią ulice przed śniegiem, jesienią przed silnym wiatrem. Owszem, auto, które wyleci za jezdnię prawdopodobnie w nie uderzy. Jednak zastanówmy się nad tym, czyja to wina – drzewa – czy też może kierowcy, który z jakiegoś powodu z drogi wyleciał? Inna sprawa, że jezdnie powinny być szersze i mieć mniej dziur.


Jakoś ciężko jest mi się zdobyć na współczucie dla tych 9 osób. Bardziej myślę o ich rodzinach, przyjaciołach. Nie wydaje mi się jednak, żeby ich strata była niepowetowana. Ot po prostu mamy przykład selekcji naturalnej. Ktoś popełnia poważną głupotę, bawi się w dorosłego, przypłaca to życiem. Może chociaż inni dzięki temu przykładowi będą mądrzejsi. 

Życie we wspólnocie

By : Unknown
Generalnie pisze mi się raczej łatwo. Wiecie, pisać lubiłem od podstawówki, to i jakoś sprawnie mi to teraz idzie. To znaczy przeważnie. Bo są teksty takie jak ten, do napisania których zabieram się po tydzień – dwa, często łapiąc się na tym, że przez 20-30 minut patrzę się tępo w monitor i myślę o czymś zupełnie innym.



Ostatnim tekstem na Kwadraturze było moje świadectwo. Czasu na jego przeczytanie było sporo, generalnie wiem, że niektórzy ludzie mają do opowiedzenia znacznie lepsze, piękniejsze, bardziej dramatyczne i tak dalej, ale myślę, że ważna jest również różnorodność, więc postanowiłem spisać też swoje własne. Dziś, a piszę te słowa będąc już po tegorocznych rekolekcjach, dwóch pielgrzymkach do Częstochowy i dołączeniu do grupy oazowej, chciałbym podzielić się z wami moją opinią na temat wspólnoty.

Wiecie, kościół to nie tylko budynek. Przede wszystkim Kościół to ludzie, czyli wspólnota. Jesteście już bogatsi w wiedzę o to, że mój wzrost świadomości wiary miał miejsce jakieś trzy lata temu. Czy od tego czasu wszystko było idealnie? Nie, oczywiście, że nie. A z czym miałem i mam nadal największy problem? Właśnie ze wspólnotą.

Kiedy jeszcze poszukiwałem wiary jako „praktykujący – nie bardzo wierzący” postanowiłem spróbować swoich sił w oazie. I powiem szczerze, odbiłem się. Jeśli chodzi o księdza, nie mogę narzekać. Ale jakiś problem był we mnie. O ile nie jestem bardzo zamknięty na ludzi, o tyle nie przepadam za tłumem. Generalnie jestem raczej typem człowieka, który woli wąskie grono znajomych. I w tym chyba tkwiło sedno.

Widzicie, z jednej strony Kościół mają tworzyć ludzie – no ale z drugiej nie każdy może odczuwać potrzebę silnej integracji. I pojawia się pytanie – co robić? Otóż według mnie przede wszystkim nie ciągnąć nikogo na siłę do kościoła/Kościoła. Kiedyś wydawało mi się, że wiara nie musi równać się integracji.

No właśnie, kiedyś. Bo teraz pomału zaczynam zmieniać zdanie. Nie uczestnicząc czynnie w życiu Kościoła wcale nie czułem się z tym źle. Sęk w tym, że odkąd w nim uczestniczę (na razie na poziomie raczkującym, ale zawsze), czuję się lepiej. Poza tym chyba na dobre wychodzi mi nieco dłuższy kontakt z ludźmi.

Teraz będzie coś na kształt reklamy, uprzedzam. Jeśli myślisz nad tym, czy wiara ma sens, czy coś z tobą jest nie tak, czy twoje życie nie stało się nijakie – przyjdź na spotkanie oazy. Dla mnie najbardziej pozytywnym doświadczeniem jest widok młodych ludzi, którzy nie wstydzą się tego, w kogo wierzą. I to jest właśnie budujące. Do tego dodajmy analizę Pisma Świętego, omawianie co trudniejszych tematów związanych z religią, ale też i śpiew czy luźne rozmowy. Wtedy tworzy się obraz miejsca, w którym nie tylko pogłębisz swoją wiarę, ale przede wszystkim dobrze spędzisz czas.

No i w końcu podłączysz się do życia we wspólnocie.

Jakby ktoś chciał:


A tu z nieco innej beczki – jak kojarzycie Soczewkę (na którą też coś tam kiedyś pisałem), to wiedzcie, że powstała strona, której warto się przyjrzeć, zważywszy na skład jej redakcji. Dobra propozycja dla ludzi, którzy lubią tematykę konserwatywną – PrawoMocni,

Świadectwo

By : Unknown
Hej!

Jakoś naszła mnie refleksja na mój tekst sprzed dwóch lat. Jakoś nigdy nie opublikowałem go na KK, więc stwierdziłem, że czas nadrobić zaległości. Jest to też taki wstęp do kolejnego tekstu, ale o tym kiedy indziej. :)


Relacja z dnia 16.09.2012


Grafika - Anna Tworek


Hej ludzie. Wczoraj (15/09/2012) byłem na pielgrzymce w Skrzatuszu. Uznałem, że to wydarzenie jest warte opisania. Nie tylko ze względu na rangę imprezy, ale również pod względem aspektów duchowych, które to Spotkanie Młodych niesie ze sobą. Od razu ostrzegam wszystkich potencjalnych satanistów, tekst będzie zawierał słowo "Bóg", zapewne w dużych ilościach. Za nim jednak przejdziemy do samego opisywania pielgrzymki skupimy się na mnie, to nieco ułatwi mi opisanie późniejszych refleksji.

To była moja trzecia pielgrzymka. Już od ostatniej klasy gimnazjum co rok uczęszczałem do Skrzatusza. Pierwsze podejście było z ciekawości, do kościoła chodzę, to i na pielgrzymkę mogę pójść, prawda? Tak więc podróż number one była dla mnie czysto rekreacyjna. Po przejściu blisko 30 kilometrowej drogi dotarłem wraz z resztą uczestników na miejsce. Obok miejscowego kościoła ustawiony był wielki namiot (będący w stanie pomieścić około dwóch tysięcy ludzi), porozstawiane były stoiska, w których to można było pogłębić tajemnice wiary. Ja byłem ze znajomymi, więc rozłożyliśmy się na kocu za namiotem, w zasadzie mieliśmy gdzieś te całe rekolekcje, to całe "nawracanie się". Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, na końcu tylko wzięliśmy udział w Eucharystii. Zwieńczeniem imprezy był koncert, wrażenia miałem więc pozytywne. Tylko tak jakoś przeszedłem obok Boga...No ale dobrze się bawiłem, więc czemu by nie wrócić za rok, no nie?

Wyruszyłem z nieco inną ekipą, w liceum poznałem nowych ludzi, postanowiliśmy do Skrzatusza wybrać się razem. Jednak tym razem skupiłem się nie tyle na rozmawianiu ze znajomymi, co poznawaniu nowych ludzi. Nieraz spotkało się animatora chcącego przekazać Ci, że Bóg Cię kocha. Fajnie, ja go też. Po kilku godzinach spędzonych na radosnym hasaniu po mieście, wcinaniu hamburgerów, gadaniu z nowo spotkanymi ludźmi, wspólnie z resztą udałem się do namiotu posłuchać tego, co biskup Edward Dajczak ma nam do powiedzenia. A miał dużo, i gadał z sensem, i słuchałem go nie mogąc przestać. Coś tam mi w serduchu drgnęło. Czy doświadczyłem wtedy kontaktu z Bogiem? I tak, i nie. Na dobrą sprawę wiara, czyli chodzenie do kościoła, słuchanie kazań, modlenie się było mi nieco obojętne. Nie przeszkadzało mi, więc to akceptowałem. W sumie to czasami sam chciałem szukać kontaktu z Bogiem. Ale tylko czasami. Tak więc o ile słowa biskupa wywarły na mnie wrażenie, to nie przyniosło to jakiegoś większego efektu. W sumie nic w moim życiu się nie zmieniło. A potem była Eucharystia i koncert, pielgrzymka numer dwa na plus. Za rok też pójdę.

Tyle że przez ten rok dużo się zmieniło...



Przede wszystkim nieco osłabła mi wiara. Nie miałem już spotkań do bierzmowania, jakoś tak wyszło, że zacząłem przechodzić obok Boga. Oczywiście dalej chodziłem do kościoła i się modliłem, ale zaczynałem wątpić w sens tego wszystkiego. Zaczęły mnie interesować inne wiary. Ja w zasadzie wierzyłem w Boga, ale tylko z logiki (świat musi mieć Stwórcę), a może przez to, że od dziecka wpajano mi kim jest Jezus i bycie wierzącym to mój obowiązek? Ale mi to nie wystarczało, w szkole, na ulicy, gdziekolwiek - nie widziałem Boga. Teraz myślę, że nawet go nie szukałem, ale to wystarczyło bym miał jeszcze większe wątpliwości. Zaczęły się moje problemy w życiu prywatnym, zaczął się bardzo ciemny epizod mojego życia. Epizod, który ukrywałem przed resztą społeczeństwa. Kim innym byłem w swojej samotni, a kim innym przy znajomych. Ukrywałem to, kim się staję. Można by powiedzieć, że wypiąłem się na świat, choć ten nigdy nie wypiął się na mnie. Od społeczeństwa nie da się definitywnie oderwać, zważywszy na to, że rzucenie szkoły nie wchodziło w grę. Pewnego dnia natknąłem się na bardzo ciekawy film. Zielonoświątkowcy urządzali jedno ze swych spotkań. Gdy zobaczyłem ludzi, którzy okazują to w co wierzą, zapragnąłem do nich dołączyć. Nie, zaraz, nie zapragnąłem - zacząłem poważnie się nad tym zastanawiać. Podczas jednego wieczora zwierzyłem się mojej kochanej rodzicielce z tego, że ja już nie widzę sensu tej całej "wiary", z tego, że nie czuję o co w tym wszystkim chodzi. Dała mi modlitwę do Ducha Świętego (Jan Paweł II odmawiał ją codziennie), ja nie byłem w stanie się nią modlić. Widzicie, dla mnie jej słowa były nie do przyjęcia. Tak więc wylądowała ona w szufladzie. Postanowiłem już nigdy nie dzielić się swoimi przemyśleniami na temat wiary z innymi.

I w sumie nie wiem dlaczego poszedłem do Skrzatusza w tym roku. Myślę, że dla zabawy. A może to tekst koleżanki, która opisała swój pobyt na rekolekcjach tak na mnie wpłynął? Pewnie i jedno i drugie. W każdym bądź razie wyruszyłem w swą trzecią podróż do Skrzatusza. Tym razem postawiłem sobie jeden cel - spróbować odnaleźć to "coś", co pokaże mi sens mówienia z dumą "Jestem chrześcijaninem!", kurde, znalazłem. W namiocie spędziłem sporo czasu (choć pograłem też trochę w siatkę, pochodziłem po okolicy), w końcu słuchałem tego, co inni mieli do powiedzenia. I było warto. Wysłuchałem świadectw trojga ludzi, każdy mówił o tym, jak wielka jest miłość Boża. Po raz kolejny mogłem usłyszeć słowa biskupa Edwarda Dajczaka, tym razem jednak coś we mnie drgnęło. Gdy mówił o Maryi, o Bogu, o Jezusie, o miłości do drugiego człowieka, to poczułem, że...że muszę się wyspowiadać. Udałem się więc do kościoła, podszedłem do wolnego konfesjonału i się zaczęło...

Powiedziałem wszystko. WSZYSTKO. To co wielokrotnie zatajałem z powodu wstydu, a może i braku należytej powagi co do sakramentu spowiedzi sprawiło, że się załamałem. Po prostu pękłem. Zacząłem ryczeć, nie ze smutku, z ulgi. Ja w końcu oczyściłem swoje sumienie z tego brudu, który tyle czasu gromadził się w mym sercu. Odbyłem rozmowę z księdzem, każde jego słowo trafiało prosto do mojego serca. W końcu dostrzegłem jaki jestem słaby, jak płytki, jak powierzchowny. Dopuściłem do swej świadomości myśli, których unikałem jak ognia. I nagle poczułem, że to czego szukałem było tak naprawdę ciągle wokół mnie. Jednak ja byłem ślepcem nie będącym w stanie tego zauważyć. Gdy odchodziłem od konfesjonału poczułem, że jestem wolny. Natychmiast po opuszczeniu murów kościoła udałem się do namiotu, gdzie była już reszta moich znajomych. Uklęknąłem, rozpocząłem modlitwę - moją pokutę. Jeszcze chwilę po skończeniu ostatniej modlitwy pozostałem w pozycji klęczącej, musiałem zebrać rozlatane myśli. Spróbowałem wstać, nie mogłem. Z policzka zaczęły skapywać łzy, łzy, które miały mnie wyzwolić. Pojawiły się przy mnie dwie koleżanki, co ciekawe - często gdy upadam są przy mnie osoby, które pozwalają mnie się podnieść, dziękuję.

Gdy nieco ochłonąłem dostrzegłem z daleka przyjaciółkę, której zawdzięczam to, że w ogóle w Skrzatuszu się pojawiłem (tam u góry tekstu gdzieś o tym napomknąłem). Poczułem, że muszę z nią porozmawiać. Takie działanie impulsywne, czasem człowiek po prostu czuje, że MUSI coś zrobić i to robi. Tak więc podszedłem do niej. Niczego co miałoby wartość dla czytelnika tego tekstu nie powiedziałem, tak więc dialogu przytaczać nie będę ,dla was jest on nieistotny, ale dla mnie był. Wcześniej nie widziałem szansy na odnalezienie Boga. Wtedy ujrzałem go w drugim człowieku. Dostrzegłem możliwość stania się lepszą osobą.

[Ciach! dnia 16/09/2012 przestałem pisać ten tekst. Zastanawiałem się, czy warto go publikować. Czy jest on w ogóle wart dokańczania. Poczułem potrzebę ukończenia felietonu, więc teraz będziecie mogli przeczytać to, co dopisałem "na chłodno". Dobrze, już nie przerywam.]

I to chyba właśnie było to. Każda religia musi mieć wyznawców, prawda? W Skrzatuszu dostrzegłem, że jest wielu wierzących chrześcijan. Są ludzie, którzy nie wstydzą się swojej wiary. Z perspektywy czasu żałuję, że potrzebowałem aż trzech lat, aby to zauważyć. Widzicie, w tym roku zwieńczeniem pielgrzymki była msza - już bez koncertu na pożegnanie. Wszyscy uczestnicy otrzymali różaniec. Ja swój owinąłem dookoła mojej dłoni, krzyżyk nieustannie trzymając w zaciśniętej pięści.

Byłem ze znajomymi, no nie? Chłopcy i dziewczyny, których znam od dawna. O każdym bym mógł sporo wam opowiedzieć. Ale szkoda na to czasu (choć to niezwykle interesujące osoby, przecież nie zadawałbym się z byle kim), ważne jest to, że każdy z nich nagle wydał mi się inny. Rzekłbym, że wręcz idealny. W każdym bowiem jest Bóg, którego zacząłem dostrzegać. Tego dnia chyba wszyscy czuliśmy Jego obecność. Jedni wznosili ręce ku niebu, inni zakrywali swe twarze w dłoniach, na wszystkich twarzach było widać skupienie. Myślę jednak, że to nie tylko skupienie, dziś nazwałbym to wręcz ufnością.

Od tego wydarzenia minął miesiąc. Powiem wam szczerze, że wiele razy w tym czasie zgrzeszyłem. W ten, czy inny sposób. Staram się jednak nie zapominać o Bogu. Nadal modlę się na różańcu, który otrzymałem. Mam stałe intencje, modlę się za moich przyjaciół, którzy mi towarzyszyli, za koleżankę, w której dostrzegłem nadzieję na lepsze jutro dla mnie, za biskupa Edwarda, który dał mi przykład prawdziwej wiary. Zapytacie się dlaczego to opisuję. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Czuję jednak, że muszę się podzielić z wami moim przeżyciem. Wiem, że zapewne ten tekst spotka się również z krytyką, może nawet tylko i wyłącznie z nią. Jednak pragnę uwypuklić dwie rzeczy: Po pierwsze, nie staram się nikogo nawrócić. Po drugie, chcę po prostu pokazać, że Boga można spotkać nawet go nie szukając. I bardzo dobrze, dzięki temu go znalazłem.

- Copyright © Kwadratura Koła - Date A Live - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -