Tadadadadam! Przed wami kolejna część cyklu "5 pytań do...". Tym razem udało mi się zamienić parę słów z Magdą Sierpińską. Studiuje ona kreację plastyczną z grafiką użytkową. W swych pracach często wykorzystuje motywy historyczne, choć nie tylko. Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania wywiadu. :) Aha, oczywiście wszystkie poniższe rysunku są autorstwa Magdy.
Skaner/grafika komputerowa
1. Niewiele kobiet zajmuje się
rysowaniem/malowaniem postaci historycznych. Dlaczego Ciebie akurat tak do tego ciągnie?
Zawsze ciekawiło mnie "kim jestem" i
"skąd pochodzę". Odkąd tylko pamiętam interesuję się historią, już w szkole podstawowej była jednym z moich
ulubionych przedmiotów. Będąc w liceum zajmowałam się raczej grafiką
użytkową, nigdy nie myślałam by
wykorzystać "umiejętności plastyczne" do popularyzacji historii. Dopiero na studiach,
przy poszukiwaniu inspiracji, natrafiłam na wiele ciekawych materiałów
związanych z polską historią. I tak to się właśnie zaczęło.
Zdaję sobie sprawę, że tematy
patriotyczno-historyczne nie są zbyt częstym obiektem zainteresowań kobiet.
Trudno jest mi odpowiedzieć na Twoje pytanie, jednakże wydaje mi się, że
kieruje mną ogromny szacunek dla naszych bohaterów i chęć przybliżenia ich
historii osobom, które nigdy wcześniej o nich nie słyszały.
2. Kiedy w Twojej głowie pojawiła się po raz
pierwszy myśl: "Powinnam się tym zająć na poważnie"?
Prawdę mówiąc całkiem niedawno, bo kilka
miesięcy temu. Spotkałam wtedy ludzi, których tak jak mnie interesuje historia.
Między innymi profesor malarstwa, który całkowicie poparł moją inicjatywę
podjęcia się tematów historycznych na zajęciach. Otrzymałam wiele cennych rad,
poznałam mnóstwo utworów i dzieł wybitnych polskich artystów, które stały się dla mnie inspiracją. Mimo
tego, że tematy historyczno-patriotyczne są bardzo trudne, postanowiłam się ich
podjąć - ukazać ludziom piękno polskiej historii oraz spróbować przynajmniej w
kilku procentach przekazać im swoją miłość do Ojczyzny.
3. Czy miałaś w swoim życiu chwile zwątpienia?
Oczywiście, że tak. Jak wcześniej wspominałam
historia jest skomplikowanym tematem. Trzeba pamiętać, że to co robię nie zawsze będzie spotkać się
z przychylnymi opiniami. Często wydaje mi się, że moje umiejętności i
wiedza są zbyt małe,że temat po prostu
mnie przerasta. Wtedy staram się motywować tym iż to co tworzę jest po to, by
upamiętnić niezwykłych ludzi, nie raz naszych rówieśników, którzy dla nas,
przyszłych pokoleń,oddawali życie w
imię wolnej Polski.
4. Rysowanie stało się twoim sposobem na
życie, czy moze traktujesz je tylko jako
hobby?
Tworzenie stało się moim sposobem na życie już
po pierwszym semestrze w Instytucie Sztuki. Aktualnie nie mogę wyobrazić sobie
dnia bez szkicowania czy wymyślania nowych projektów. Oczywiście w swojej twórczości staram się nie
zamykać tylko w tematyce historycznej, lubię także miedzy innymi motywy
zwierzęce, surrealistyczne czy
steampunk'owe. Marzę o tym by po ukończeniu studiów znaleźć pracę związaną ze
swoją pasją.
5. Jakie rady udzieliłabyś początkującym?
Bardzo trudne pytanie, ponieważ wciąż sama
jestem osobą początkującą. Jednak przede wszystkim trzeba pamiętać o
wytrwałości, cierpliwości i
systematycznej pracy. Nie wolno osiadać na laurach, ani poddawać się gdy
usłyszymy słowa krytyki - to powinno nas dodatkowo mobilizować do stawiania
poprzeczki coraz wyżej. Jak to się mówi - talent to tylko 10%, reszta to ciężka
praca ;)
Więcej prac Magdy znajdziecie na jej fanpage'u (klik!). Możecie także zakupić koszulkę, przy tworzeniu której współpracowała - pod tym linkiem.
Na początku chciałem podziękować wam za tak dużą liczbę
wejść w mój poprzedni post. Przeczytało go ponad 600 osób, wyświetleń było jeszcze więcej – dzięki wielkie!
Póki co jednak tematy czysto historyczne idą w odstawkę. Na
rynku jest coraz więcej książek, z których możecie się o naszym kraju naprawdę
dużo dowiedzieć. Polecam zwłaszcza Leszka Żebrowskiego.
Tymczasem dziś chciałem
opisać wam zjawisko, które irytuje mnie niemiłosiernie. Kojarzycie portal
Ask.fm?
Olać to, że jest on zdominowany przez żebrzącą gimbazę. Od
pewnego czasu jest na nim też kilku wierzących-swą-wiarę-mocno-zaznaczających.
Dobra, powiecie, że to nic złego. Ja sam też wierzę i nie mam problemu z
przyznaniem się do tego. Z drugiej strony nie biegam też z Pismem Św. i nie drę
się na ulicy, że szatan nadchodzi.
Tymczasem kilka osób ewidentnie przegina. Rozumiem, Boga
można kochać, jego miłość jest nieskończona i tak dalej. Okey, to prawda, ale
wątpię, czy Bóg naprawdę chce, żeby całe nasze życie było poświęcone tylko
jemu.
Żeby lepiej nakreślić, o co mi chodzi, umieszczę kilka pytań
i odpowiedzi tych właśnie Głęboko Wierzących.
- Co sprawia, że
naprawdę się cieszysz?
- Modlitwa.
- Najlepszy sposób na
udany dzień?
- Modlitwa.
- Ulubiona książka?
- Biblia.
- A jakaś inna?
- Każda inna o Bogu.
- Ostatnio spotkana
przez Ciebie osoba?
- Ksiądz.
- Plany na wakacje?
- Modlitwa.
- Gdybyś mógł mieć
skrzydła, gdzie byś poleciał?
- Do Boga.
- Co najczęściej
trzymasz w dłoniach?
- Różaniec.
- Ulubione zajęcie?
- Modlitwa.
- Jak lubisz spędzać czas
ze znajomymi?
- Wolę spędzać go na modlitwie.
- Ulubiona piosenka?
- Tyś Panem mym jest.
- Motto życiowe?
- Bóg Cię kocha.
- Ulubiony obraz?
- Obraz Miłosierdzia Bożego.
Do tego wiele cytatów z Biblii czy piosenek
chrześcijańskich. No i okey, niektóre odpowiedzi, rozpatrywane pojedynczo nie są złe. Powtarzam, to
dla mnie zrozumiałe, że ktoś Boga kocha i chce to okazywać. Tylko no Matko
Żywico, czemu aż tak? Dla mnie, jako osoby wierzącej czyta się coś takiego
naprawdę ciężko. Kilkaset odpowiedzi, a żadnej zwykłej, nienawiązującej do
tematu wiary.
Tacy ludzie naprawdę robią Kościołowi złą renomę. Osoby,
które to czytają mogą wysnuć jeden prosty wniosek – chrześcijanie to pojeby,
skoro nie potrafią żyć normalnie. I z takich odpowiedzi jak tamte, faktycznie
można wysnuć taki wniosek.
A przecież to
nieprawda.
Można wierzyć i grać w piłkę. Wierzyć i chodzić na miasto z
kumplami, wracać przy tym nad ranem do domu. Można wierzyć i bluzgać. Można
wierzyć i pić. Matko, można robić całą masę rzeczy niezwiązanych z wiarą, ale
przy tym wierzyć. Po co sugerować komukolwiek, że jest inaczej?
W gimnazjum widziałem dobry film na lekcji religii – Oni są
normalni. Pokazywał, że księża to tacy sami ludzie, jak inni. Sam znam wielu
duchownych dość dobrze, kilku mam w znajomych na FB i jakoś nie mam przez nich
zawalonej tablicy postami o wierze, o konieczności nawrócenia itp. I bardzo
dobrze, bo właśnie to jest najlepszy przykład wiary. Wierzę, ale nie oceniam
innych. Wierzę, ale nie ciągnę innych na siłę do kościoła. Wierzę, ale nie
wrzucam słowa „Jezus” do każdego zdania.
Ja wiem, że tamci ludzie chcą dobrze. Ale po prostu dają
ciała. Sam dostałem kilka „pytań”, w których zachęcano mnie do „odkrycia” wiary
i zawalano masą linków i ścianami tekstu. I po co to komu? Takie rzeczy tylko
odpychają, nie spotkałem jeszcze osoby, która odpowiedziałaby w najlepszym
przypadku grzeczną odmową.
Tak więc chrześcijaninie – wierzysz? Bardzo fajnie,
naprawdę. Chcesz dzielić się swą radością z innymi? Bardzo fajnie. Ale proszę,
rób to w sposób nienachalny i stonowany, bo inaczej uzyskasz efekt odwrotny, od
zamierzonego.
- Przyszliśmy tutaj po
to, aby przywrócić cześć i pamięć tym, których komunistyczne władze odarły z
godności. To jest nasz wyraz pamięci! Dziękuję za tę liczną obecność - mówił na
początku mszy świętej celebrans, ks. Janusz
Zdolski.
Właśnie to zdanie rozpoczęło ostatni dzień Tygodnia
Żołnierzy Wyklętych w Pile. O godzinie 18.00 w kościele pod wezwaniem św.
Rodziny zebrały się tłumy, aby pokazać, że świadomość swej przynależności do
Polski jest w nich silna. Jak na kraj, w którym korzenie chrześcijańskie
sięgają naprawdę głęboko, całe wydarzenie zapoczątkowała msza święta.
Kazanie wygłosił ks. Jarosław
Wąsowicz. Było ono bardzo budujące, szczere, widać, że osoba mówiąca do nas
z ambony każde słowo wypowiadała prosto z serca. Można nawet powiedzieć, że w
tych zdaniach zabrakło miejsca na cenzurę. I bardzo dobrze. W końcu każdy mógł
usłyszeć słowa, które być może i mogły niektórych zaboleć, lecz były bardzo
prawdziwe.
Świadczą o tym choćby słowa: - „Nasza młodzież walczy dzisiaj o odzyskanie podmiotowości polskiego
narodu w kosmopolitycznym świecie, w Europie. Nigdy nie możemy mówić, że żyjemy
w wolnym i sprawiedliwym kraju, dopóki nie wydobędziemy z grobów naszych
bohaterów i nie skażemy ich oprawców, dopóki zaprasza się na uniwersytety
Zygmunta Baumana, hołubi w naukowym środowisku Leszka Kołakowskiego, czy też
czyni się człowiekiem honoru Wojciecha Jaruzelskiego, a oni właśnie walczyli z
Żołnierzami Wyklętymi z bronią w ręku!”
Po zakończonej eucharystii wyszliśmy przed kościół, aby
odbyć marsz pod pilski mural, a tam oddać cześć bohaterom, którzy oddali swe
życie za wolną Polskę.
Co było dla mnie bardzo budujące – maszerowali wszyscy. Było
widać rodziny z dziećmi, które z radością trzymały flagi. Szło starsze
pokolenie, większość ze zniczami w ręku. I, co również jest nie bez znaczenia –
szli młodzi ludzie. To naprawdę wspaniałe widzieć ludzi, którzy swój wolny czas
chcą poświęcić na oddanie czci swojemu krajowi i Polakom, którzy na to
zasługują.
Oprawa marszu była bardzo dobra. Wiele grup się
zorganizowało i zadbało o to, żeby ten dzień był dla wielu niezapomnianym.
Można było dostrzec maszerujących ludzi z Młodzieży Wszechpolskiej, Polonii
Piła, Pilskich Patriotów, kiboli Lecha Poznań z Piły i okolic, Klubu Gazety
Polskiej, harcerzy czy też przyjezdnych ze Złotowa czy Dębrzna. Sam fakt,
że maszerowało ponad 2 500 osób jest nie bez znaczenia.
Pochwała należy się również księżom, którzy zapewnili
spokojny przebieg marszu. W trakcie przebywania trasy można było usłyszeć takie
hasła jak: „Armio Wyklęta, dziś Piła o Was pamięta!”, „Narodowe Siły Zbrojne –
NSZ!”, „Raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę!”, „Bóg, Honor i Ojczyzna!”
czy też „Cześć i chwała bohaterom!”. Podczas wędrówki odśpiewano też Rotę, a
gdy zebraliśmy się już przy muralu, zaśpiewaliśmy hymn państwowy w całości, co
zdarza się raczej rzadko.
Obchody uważam za niezwykle udane, pokazujące, że ludzie
mogą się zjednoczyć. Wczoraj wszyscy pokazaliśmy, że są jeszcze ludzie, którym
się chce i potrafimy się zorganizować. Pamiętajmy jednak o tym, że miłość do
kraju powinniśmy afiszować nie tylko do marszu do marszu, ale każdego dnia –
swoją postawą.
Wpis z okazji dnia Żołnierzy Wyklętych - to już jutro!
Można by powiedzieć, że o obu wojnach światowych i czasach
im towarzyszących wiemy już wszystko. Może i tak by było, gdyby nie komunizm i
czasy PRL-u, gdzie rosyjskie władze wmawiały nam swoją wersję wydarzeń. Chyba
właśnie przez to tak mało wiemy dziś o Żołnierzach
Wyklętych. Dopiero od 2011 roku 1 marca obchodzimy ich święto. Pytanie
tylko, ilu Polaków w ogóle wie, kim oni byli?
Otóż byli to bohaterowie czasów powojennych. Po zakończeniu
II wojny światowej wielu Polaków wiedziało, że kapitulacja Niemiec wcale nie będzie oznaczała niepodległości Polski.
Ponieważ spodziewano się okupacji naszego kraju przez siły ZSRR, wielu naszych
rodaków postanowiło podjąć walkę. Walkę, która choć była skazana na porażkę,
pokazała, że nigdy nie oddamy dobrowolnie naszych ziem.
Dowództwo AK w
roku 1943 zaczęło tworzyć zrzeszenia cywilne i wojskowe. Miały one na celu
przeciwstawienie się ewentualnej (i bardzo prawdopodobnej) okupacji ZSRR. Powołano
więc do życia NIE (nazwa była
wyrazem sprzeciwu wobec wkraczającej Armii Czerwonej), organizację, która
działała pod przywództwem generała Leopolda Okulickiego. Każdy, kto chciał
dołączyć do tej konspiracyjnej grupy, musiał przejść niezwykle ciężkie próby,
zerwać wszelkie kontakty z AK. Rekrutacją nowych członków zajmował się pułkownik
August Fieldorf, zwany również pod pseudonimem „Generał Nil”.
Niestety, obu przywódców aresztowano. Z tego też powodu NIE
przestała istnieć 7 maja 1945 roku. Wiele organizacji postanowiło przestawić
się na walkę polityczną, co nie spodobało się żołnierzom AK. Szacuje się, że
było ich wtedy około 30 tysięcy. Zaczęli oni walczyć wojną partyzancką
wymierzoną w żołnierzy ZSRR. Atakowali z lasów, ginęli z bronią w ręku, z
honorem. Przez władze komunistyczne byli nazywani „zaplutymi karłami reakcji”.
Celowo przedstawiano ich ludziom jako bandy faszystowskie. Właściwie każde
działanie wymierzone w ZSRR było nazywane aktem faszyzmu.
Ataki wymierzone były głównie w oddziały OB., KBW i MO. Na
terenach Wielkopolski sukcesami skończyły się akcje grupy będącej pod
dowodzeniem Antoniego Fryszowskiego.
Walki trwały długo, choć ataki były sporadyczne – unikano
starć bezpośrednich. Władze ZSRR w roku 1945 i 1947 zastosowały taktykę
udzielenia amnestii, co okazało się dobrym, choć tragicznym w skutkach dla
Polaków posunięciem. Obiecano, że każdy, kto ujawni się jako członek polskiego
podziemia, będzie pozbawiony konsekwencji pomimo „działania na szkodę narodu”.
Niestety, wielu ludzi uwierzyło w zapewnienia władz i wyszło z ukrycia.
Przez dwa lata
ujawniło się łącznie około 130 tysięcy osób. Jak się okazało, Polacy
zostali oszukani. Członkowie grupy podziemnej byli torturowani, wyciągano od
nich informacje o reszcie dalej tkwiących w konspiracji osobach. Następnie byli
skazywani na śmierć, lub w sprzyjających okolicznościach wywożeni do obozów
pracy.
W dodatku od 14 kwietnia 1950 roku Kościół Katolicki miał
całkowity zakaz pomocy ugrupowaniom podziemnym. Każde najmniejsze podejrzenie
udzielenia wsparcia kończył się brutalnymi represjami wobec duchownych.
Ostatnie akty działalności definitywnie zakończyły się w
roku 1963 – wtedy też zginął ostatni
Żołnierz Wyklęty – Józef Franczak pseudonim „Lalek” (lub „Laluś”).
Co takiego zrobili dla nas Żołnierze Wyklęci? Przede
wszystkim oddali swe życie w obronie kraju. Walczyli o niezależną Polskę, o
autonomię naszego państwa. Dziś wiemy o nich nieco więcej niż kiedyś. Wciąż
jednak wiele spraw owiane jest tajemnicą. Największy spór dotyczy rzekomego
antysemityzmu ŻW – czy dopuszczali się oni mordów na Żydach? Tego nie wiemy,
możemy być jednak pewni, że zasługują oni na miano bohaterów.
Ten tekst napisałem pół roku temu. Od tego czasu nieco się
zmieniło, zwłaszcza w świadomości ludzi. Przede wszystkim coraz więcej osób dowiaduje się o tym, kim Żołnierze Wyklęci byli. W zeszłym tygodniu miałem
okazję sprzedawać książki poświęcone właśnie ich losom. Była to dla mnie
świetna okazja do kilku rozmów z przypadkowo spotkanymi ludźmi.
Rozmowy te były bardzo budujące. Dlaczego? Ponieważ było
widać duże zapotrzebowanie na wiedzę, wzajemny dialog był okazją do wymiany nie
tylko informacji, ale również poglądów. W zasadzie była to też świetna okazja
do uświadomienia sobie tego, jak mało wiem. Ale i tego, że chcę wiedzieć
więcej.
Nie czuję się na siłach przybliżyć wam dokładnie informacji
o Żołnierzach Wyklętych. Na szczęście są ludzie, którzy mnie w tym wyręczyli.
Książek na ich temat jest całkiem sporo, ostatnio dobre recenzje zbiera ta,
napisana przez Jerzego Ślaskiego.
- Dzień dobry! W dzisiejszym wydaniu specjalnym Newsów z
Kwadratury nasz (nie)znany reporter – Dox – przedstawi państwu najświeższe
informacje wprost z Ukrainy! Dox, jak wygląda sytuacja?
- Dobry wieczór państwu! Cóż, jest tu naprawdę gorąco. Po
ostatnich mrozach nadeszła w końcu upragniona przez wielu odwilż. Perspektywy
pogodowe są naprawdę dobre. Pod koniec tygodnia temperatura może sięgnąć nawet
12 stopni!
- Matko, Dox, chodziło mi o sytuację polityczną!
- Ach, no tak. Cóż…Tu sprawa jest znacznie bardziej
skomplikowana. Kilka dni temu doszło do naprawdę ostrych starć buntowników z
Majdanu z siłami milicji. Było doprawdy ostro, zginęło blisko 100 osób. Do dziś
w specjalnym miejscu wszystkie ofiary są nadal opłakiwane.
- Co wywołało ten konflikt?
- O powodach konfliktu informowaliśmy państwa ostatnio,
natomiast ostatnie zamieszki były spowodowane znacznym pogorszeniem się
nastrojów uczestników Majdanu. Obie strony wzajemnie się prowokowały, być może
rząd Janukowycza opłacił grupę dresiarzy, aby ta sama wymierzyła
sprawiedliwość.
- To naprawdę straszne. Ale w jaki sposób udało się to
zakończyć?
- Zakończyć to chyba złe słowo. Natomiast dzięki interwencji
ministrów spraw zagranicznych z Polski, Niemiec i Francji udało się nakłonić
rząd ukraiński do podpisania zobowiązania co do wcześniejszych wyborów.
- Wiemy już, że umowa okazała się być nietrwała.
- Tak, jednak osobiście uważam, że minister Sikorski w końcu
zrobił coś użytecznego. Zamieszki ustały, ludzie przestali ginąć. Oczywiście
wraz z niedawną ucieczką Janukowycza umowa przestała być ważna. Nie można
jednak umniejszać jej roli.
- Owszem, również w studio jesteśmy podobnego zdania. A
jakie nastroje panują obecnie na Majdanie?
- Choć pozornie mogłoby się wydawać, że ma się ku lepszemu, wcale
tak nie jest. Została uwolniona Julia Tymoszenko, ta sama kobieta, która nie
sprostała pomarańczowej rewolucji. Na Majdanie została wygwizdana, choć trzeba
przyznać, są ludzie, którzy nadal jej ufają. Nie zapominajmy jednak, że to ona
pochlebnie wypowiadała się Ukraińskiej Powstańczej Armii. To również ona
okazała się politykiem słabym, niezdolnym unieść na swych barkach zadania
polegającego na stworzeniu nowej, lepszej Ukrainy. Teraz znów zamierza
wystartować w wyborach. Duża grupa Ukraińców już jej jednak nie zaufa.
- Doszły nas słuchy, iż problemy miał również Witalij
Kliczko, jeden z liderów partyjnych obecnych na Majdanie.
- Owszem. Wielu ludzi jest wściekłych, z powodu podpisanej
umowy. Uważają, że niczego ona nie zmieni. Być może mają rację. Dlatego też
ludzie nie opuszczają jeszcze Majdanu, zamierzają być tu tak długo, jak tylko
będzie trzeba.
- Jednak to nie wróży niczego dobrego. Janukowycz uciekł,
rząd odsunął go od władzy, w Sewastopolu Ukraińcy wywiesili flagi Rosji i
zwrócili się do rządu rosyjskiego z prośbą o przejęcie ich terytorium. Co
więcej, Rosjanie prawdopodobnie są już gotowi do ewentualnej interwencji
zbrojnej. W dodatku obecnie do władzy na Ukrainie dochodzą tak zwani banderowcy
(których popiera Tymoszenko). Przypomnijmy, są to nacjonaliści, którzy mają
olbrzymie roszczenia terytorialne do ziem polskich, węgierskich i rosyjskich.
- Sama sytuacja finansowa Ukrainy wydaje się również
niewesoła…
- I taka jest w istocie. Ukraina jest krajem niewypłacalnym.
Agencja ratingowa Standar&Poor’s obniżyła ocenę Ukrainy do…poziomu CCC.
Czyli najgorszego z możliwych. Oznacza on, że jest to kraj niewypłacalny, w
dodatku z długiem w wysokości 150 miliardów euro. Dlaczego rating obniżył się
dopiero teraz? Ponieważ wraz z ucieczką Janukowycza pożyczki pieniędzy
zaprzestała Rosja. Bez wsparcia finansowego poziom życia na Ukrainie znacznie
się obniży. Co więcej, obecne władze Ukrainy wysłały prośbę o pożyczkę do…Polski.
Na szczęście premier Donald Tusk odmówił. Choć Ukraińcy mogą liczyć na pomoc na
przykład naszej służby zdrowia.
- Czy to koniec Ukrainy?
- Koniec raczej nie. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jednak
przez bunt na Majdanie sytuacja mocno się pogorszyła. Ekonomia siadła
całkowicie (ostatnio wspominałem już państwu, że odłączenie się Ukrainy od
pępowiny Rosji okaże się finansową katastrofą – tak się już stało), nie widać
lepszych perspektyw, w dodatku do głosu doszli banderowcy – siły nie
zamierzające współpracować z naszym krajem.
- Jak powinna zachować się Polska?
- Moim zdaniem? Biernie. Grunt to nie pożyczać bankrutowi
pieniędzy. Bez 150 miliardów na rozruch (!) ten kraj sobie nie poradzi. W
dodatku Rosja ma co do Ukrainy własne plany. Moim zdaniem Polska nie jest w
stanie pomóc. Ba, nawet nie powinna się poczuwać do takiego obowiązku. Tylko
szkoda tych wszystkich poległych ofiar.
- Dziękuję za rozmowę, Dox. Wygląda na to, że sytuacja jest
fatalna.
- Niestety, to chyba prawda. Dziękuję za uwagę, życzę
państwu udanego dnia.
Ostatnio cała Polska jara się medalami naszych zimowych
sportowców. To chyba dobrze, prawda? W zasadzie tak, jednak od dość dawna
irytuje mnie jedna kwestia, która zwłaszcza ostatnio się uwidoczniła. Chodzi o „pompowanie
balonika” przez dziennikarzy.
Ile to już razy słyszeliśmy przed jakimś ważnym meczem,
poważnymi zawodami, że nasze Orły po prostu muszą wygrać? Że są najlepsi, że akurat trafili z formą, że takiej dobrej
atmosfery wśród zawodnik to nie było od dawna, i tak dalej, i tak dalej…Okey,
to teoretycznie mogłoby być nawet dobre. Ale tylko w momencie, w którym
pomagałoby w budowaniu jakiejś więzi pomiędzy zawodnikami a kibicami. A tak nie
jest.
Ostatnimi czasy nasza reprezentacja zbiera w piłce nożnej
spore baty. Za każdym razem jednak słyszymy, że tym razem to naprawdę rywal nam
leży, forma jest, nowy trener przepowiada sukces i…znów blamaż. Naprawdę, nic
bardziej nie frustruje, niż porażka po – wydawać by się mogło – meczu, który
powinien był wygrać się w zasadzie sam. No ale się jednak przegrał.
Drugą rzeczą, która naprawdę denerwuje mnie w dziennikarzach
jest oczernianie zawodników. Oglądaliście debiut Obraniaka w barwach Werderu?
Ja oglądałem. To było dosłownie 90 minutowe jechanie po Francuzie z polskim
obywatelstwem. Całe spotkanie słyszeliśmy tylko, jaki to Ludović jest słaby,
jak słabo rozgrywa, jak słabo podaje, jak słabo walczy. I co najbardziej
żałosne – niemieckie portale sportowe wybrały go po meczu najlepszym zawodnikiem
Werderu.
Przykład bardziej na czasie? Proszę bardzo – polskie media i
Justyna Kowalczyk. Nasza zawodniczka chyba za bardzo nas rozpieściła. Co i rusz
wygrywała, zdobywała medale. Teraz pierwszy występ na ZIO i…6 miejsce. No i
polała się fala krytyki. Że złe przygotowania, że nie wytrzymała presji, że po
prostu dała ciała. Wiadomo, chodziło w gruncie rzeczy o to, że kobieta
zwyczajnie się potknęła w pewnym momencie wyścigu. Jednak czy jest to powód do
krytykowania jedynej Polki, która ostatnimi laty w biegach narciarskich sięgała
po najwyższe cele? Oczywiście nie. Ona potrzebowała wtedy wsparcia, otuchy,
słów pocieszenia. Tymczasem byliśmy świadkami drwin i licznych komentarzy
pseudo-ekspertów typu „dlaczego tym razem się nie udało”. A potem przecież
okazało się, że Justyna miała złamaną stopę…No i poza tym – ludzie! – czy 6
miejsce na ZIO to zły wynik? Oczywiście, wszyscy chcieli więcej, ale ona
przecież chciała. Nie zawsze się wygrywa, Justyna pokazała, że przegrywać też potrafi
z klasą. A po kilku dniach zamknęła wszystkim krytykom usta sięgając po złoto.
Gratulacje!
Jako Polacy bardzo lubimy krytykować. Taka nasza odwieczna
przywara. Liczę jednak na to, że choć media staną w końcu na wysokości zadania
i pokażą, że potrafią jeszcze pokazać sobą jakiś poziom.
Stwierdziłem
ostatnio, że historia, którą poznajemy w szkołach, kończy się stanowczo zbyt
szybko. Wiele ciekawych postaci nam umyka, zapominamy (ba, w ogóle się nie
dowiadujemy…) o wydarzeniach z życia naszego kraju, które naprawdę zasługują na
pamięć o nich. Dlatego ten wpis chciałbym poświęcić osobie z wieku nie tak
odległego, bo XX – Witoldowi Pileckiemu.
Autorką portretu Witolda Pileckiego jest Magda Sierpińska
Kim był ten
człowiek? Żołnierzem, choć nie tylko. Był też mężem, ojcem, patriotą. Ryzykował
własnym życiem, gdy z własnej woli trafił do Auschwitz. No ale po kolei.
Urodził się
13 maja, 1901 roku w miejscowości Ołoniec. Od małego był wychowywany w
wartościach patriotycznych. Jego dziadek, Józef Pilecki siedem lat spędził na
Syberii za udział w powstaniu styczniowym. W wieku lat 10 młody Witold
przeprowadził się do Wilna. Tam od 1914 roku należał do drużyny harcerskiej, co
było przez władze rosyjskie zakazane. Jest to dość istotna informacja, ponieważ
w roku 1918 wszyscy harcerze starsi przedostali się na tereny odradzającej się
Polski.
Nastał czas,
gdy młody Witold musiał stanąć do walki zbrojnej za ojczyznę. Przez trzy lata
był żołnierzem Wojska Polskiego. Walczył między innymi w bitwie warszawskiej
oraz przy wyzwalaniu Wilna.
Podczas II
wojny światowej walczył w kampanii wrześniowej jako dowódca plutonu w
szwadronie kawalerii dywizyjnej 19 Dywizji Piechoty Armii Prusy. Do 17
października Pilecki brał czynny udział w walkach, następnie rozwiązał swój
oddział i wstąpił do konspiracji.
I właśnie w
tym miejscu przechodzimy do najważniejszej części historii tego człowieka. Podobne
dzieje miało zapewne wielu żołnierzy. Ale tylko Witold Pilecki zdobył się na
tak heroiczny czyn, jakim było wstąpienie do Auschwitz jako ochotnik.
Ilu z nas z
własnej woli chciałoby się znaleźć w obozie zagłady? Ilu z nas zgodziłoby się
dobrowolnie na codzienne cierpienie z bólu i głodu? A on się zgodził.
Rok 1940 był
jeszcze okresem, gdy o niemieckich obozach wiadomo było naprawdę niewiele. Ktoś
musiał zebrać potrzebne informacje, a następnie wydostać się z paszczy lwa.
Pilecki
powiadomił dowódcę Tajnej Armii Polskiej o swoim planie. Następnie specjalnie
dał się złapać podczas łapanki. Tak trafił do obozu jako więzień nr 4859.
Już na
miejscu utworzył on Związek Organizacji Wojskowej. Była to siatka konspiracyjna,
której celem było gromadzenie informacji o Auschwitz, organizacji żywności z
zewnątrz, przekazywanie wiadomości poza druty. Próbowano również zorganizować
oddziały, które mogłyby walczyć podczas ewentualnego ataku partyzantów na obóz.
W jaki
sposób wiadomości trafiały poza obóz? Pilecki rozpracował niemiecki system
ochrony. Jego ludzie zdobyli odzież i broń żołnierzy SS, które wykradli z
pralni.
1943 roku, a
dokładniej 26 kwietnia nocą, przyszła kolej na ucieczkę samego Pileckiego. Wraz
z Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim udało im się przekraść pomiędzy
niemieckimi wartownikami (jak ktoś wie, w jaki sposób to zrobili, proszę o
podanie tej informacji, ja jej nie znalazłem). Idąc wzdłuż torów kolejowych
doszli do Wisły, którą przepłynęli znalezioną łódką.
Dzięki
informacją, które zdobył Pilecki, możliwe stało się zaatakowanie obozu. Jednak
dowództwo AK nie zdecydowało się na taki krok, z powodu dużej liczebności
uzbrojonych Niemców. Za swe zasługi Witold Pilecki otrzymał tytuł rotmistrza.
To jednak
nie koniec jego historii, choć gdyby ona się tu zakończyła, z pewnością można
by ją uznać za szczęśliwą. Nadeszło jednak powstanie warszawskie, w którym
udział wziął również nasz główny bohater. Niestety, w roku 1944 trafił do
niewoli niemieckiej. Gdy wraz z innymi jeńcami został oswobodzony, walczył po
stronie aliantów na froncie włoskim. Później zaś, w roku 1945 wrócił do Polski,
aby dalej działać w konspiracji. Jak dobrze widać, jego życie było ciągłą
tułaczką, zawsze był tam, gdzie potrzebowała go ojczyzna.
Zdjęcia zrobione Pileckiemu przed wykonaniem wyroku
Pilecki nie
dał złamać się Rosjanom, Niemcom, bohatersko walczył na wielu frontach. Aż w
końcu został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Tak, to polscy komuniści z
Eugeniuszem Chimczakiem na czele wydali wyrok śmierci na jednym z największym bohaterów
II wojny światowe.
15 marca
1948 roku zapadł wyrok – Witold Pilecki miał zginąć poprzez strzał w tył głowy.
Egzekucja nastąpiła 25 maja w więzieniu mokotowskim. Dopiero w roku 2012
poznaliśmy miejsce pochówku rotmistrza. Pochowano go tam, gdzie chowano
wszystkie ofiary UB – w Kwaterze na Łączce.
Ciężko jest
mi stwierdzić, dlaczego obecnie nie mówi się o polskich bohaterach narodowych. Nie
chodzi mi teraz tylko o rotmistrza. Historia naszego kraju spisana jest na
zapełnionych krwią kartach. Krwią przelaną przez ludzi, którym zależało nie na
sobie, ale na przyszłych pokoleniach. Ginąc myśleli o nas. To dlaczego teraz
tak rzadko my myślimy o nich?
Problem na
szczęście widzą też inni. Powoli ludzie zaczynają się buntować. Przykłady widać
w muzyce, gdzie Tadek czy Evtis śpiewają między innymi o Pileckim. Ostatnio też
i Magda Sierpińska stworzyła rysunek rotmistrza, który mogliście zobaczyć na górze tego tekstu.
I to jest właśnie budujące. Pomimo tego, że żyjemy w czasach uciekania od tradycji i historii, wciąż znajdują się ludzie, którzy chcą nam jednak pewne wartości przekazać. I chwała im za to.