Tekst pisany od maja
2011 roku. Co się przez ten czas wydarzyło, to moje.
Widzicie przed sobą
„Leżę”, tekst ten uważam za najważniejszy spośród wszystkich tych, które
napisałem. Trudno jest mi go skategoryzować. Najtrafniej zrobił to chyba Donald
– jest to po prostu mój potok myśli. Potok myśli spisywany przez ponad dwa
lata. W zasadzie to chwilami mam wrażenie, że jest to pamiętnik. Pamiętnik,
który najchętniej wyrzuciłbym do kosza, by za kilka minut go z niego wygrzebać.
Nie traktujcie wszystkich zapisanych poniżej zdań zbyt dosłownie. Wtedy
czytanie tego tekstu może okazać się zbyt prymitywnym zajęciem na jesienny
wieczór.
Leżę. Od kilkudziesięciu minut wpatruję się w sufit. Leżę.
Nie jestem w stanie określić czy jeszcze myślę, czy już tylko bezmyślnie
egzystuję. Zresztą, po co marnować czas na określanie swojego stanu psychicznego
Piękno jest względne. Artysta nie ma w sobie niczego
pięknego.
Sztuka polega na indywidualności. Sztuka polega na
przekazie.
Może być wałkowaniem wciąż tego samego. Może być powiewem
świeżości.
Sztuka powinna być ciągłym wypaczaniem własnego stylu.
Pisanie jest formą sztuki. Jest wieczną katorgą. Aktem
masochizmu. Jest pustym wpatrywaniem się w ścianę w oczekiwaniu na natchnienie,
które po wielokroć okazuje się nic niewartym kiczem. Ale to nie przeszkadza artyście, o nie. Wszak
artysta tylko poprzez sztukę może wyrazić artyzm swej duszy. Artyzm tak
modernistyczny, że aż kompletnie niezrozumiały dla odbiorców. O tak, spełniony
artysta jest artystą niezrozumiałym.
W zeszłym roku do moich rąk dostała się z pozoru niewinnie
wyglądająca książeczka. W zasadzie to nawet nie książeczka. To raczej ręcznie
klejone kartki z tekstem, który ktoś sam wydrukował. Jednak treść była na tyle
niezwykła, że stwierdziłem, iż trzeba się jej bliżej przyjrzeć, przeanalizować.
I to zamierzam zrobić w kilku kolejnych wpisach. A żeby było ciekawiej, pomoże
mi w tym Damian, którego możecie
kojarzyć z tekstów publikowanych na tym blogu (oraz oczywiście komentarzy).
Ważnym podkreślania faktem jest również to, że to właśnie w jego mieszkaniu
znaleźliśmy tę książeczkę.
No dobrze, ale o czym ona jest? Ano o masonerii. Czy nie
sądzicie, że w Kościele Katolickim źle się dzieje? Z jednej strony Kościołowi
nieprzychylne są media państwowe, z drugiej zaś sam Kościół, czy może raczej
niektórzy księża, dają swoim oponentom kolejne powody do ataku. Frekwencja w
kościołach słabnie, jesteśmy bombardowani coraz to nowymi doniesieniami o
przypadkach pedofilii wśród księży. Z pewnością są to istotne problemy KK, ale
to właśnie wewnętrzne konflikty w Watykanie mogą przynieść najgorsze skutki.
3 października w trzcianeckiej hali widowiskowo-sportowej
odbyło się niezwykle interesujące spotkanie z profesorem Piotrem Szubarczykiem.
Było ono tym bardziej ciekawe, ponieważ pobudziło mnie do refleksji. A nad
czym? Ano nad tym, na czym skupiał się wykład – na młodzieży.
Widzicie, profesor Szubarczyk pracuje w IPN-ie. Natomiast
jego prezentacja dotyczyła historii Polski, a konkretniej walki młodzieży
naszego ojczystego kraju z rosyjską „demokracją”. Fachowe podejście do tematu
tylko potwierdziło renomę profesora. Mogliśmy wysłuchać kilku wciągających
opowieści, mogliśmy poznać czasy, w jakich przyszło żyć ówczesnej młodzieży.
Choć wiele z opowiedzianych historii znałem wcześniej, to z chęcią poznawałem
też nowe.
Ostatnio na Skype kilka osób miało straszny ból pupy o to,
że Kwadratura nie miała od bardzo dawna opublikowanego felietonu. Tym bardziej
mojego. I w sumie jest to prawda, jakoś tak wyszło, że ostatnio pojawiają się
tu w większości opowiadania. No to chyba czas nadrobić zaległości, no nie?
Szlajałem się w te wakacje po różnych forach i portalach
społecznościowych. Wiecie, siedzę sobie w Niemczech, to chociaż poczytam sobie
coś w rodzimym języku. Niestety, większość stron była niemalże całkowicie
zdominowana przez gimbusów. Nie było to w sumie dla mnie problemem – zawsze można
się było pośmiać z problemów ludzi, w których wieku sam kiedyś byłem. No, z
niektórych rzeczy lepiej byłoby chyba zapłakać niż się pośmiać, ale to już
trudno.
Przeklęty ów dzień, gdy ujrzała i pokochała, i poślubiła —
malarza. On — zapalony, namiętnie oddany pracy, surowy i już w swej sztuce
mający — oblubienicę. Ona — młoda dziewczyna, niezmiernie rzadkiej urody —
zarówno powabna, jak wesoła: nic, jeno — światło i uśmiech, i swawolność
młodego jelonka. Kochała i wielbiła rzecz wszelaką. Nienawidziła jeno sztuki —
swojej rywalki. Przerażała ją — paleta i pędzle, i inne dokuczliwe narzędzia,
które ją pozbawiły widoku kochanka. A był to człowiek pełen zapału i
zmysłowości, i tak zapodziany w marzeniach, że nie zauważył jak liche światło
wpadające do wnętrza tej samotnej wieży stopniowo gasi zdrowie i ducha jego
żony, która widomie nikła dla całego świata z wyjątkiem jego osoby. Ona wciąż
się uśmiechała i wciąż, i wciąż – starała się dla niepoznaki dotrwać do
wielkiego dla niego finiszu miłości. Żadnych skarg, żadnych zażaleń , z wielką
żarliwością przyglądała się jak jej mąż (sławny malarz) nocami i dniami stara
się przenieść na płótno tę, którą bardzo kocha, która z każdym dniem niszczeje
i marnieje.
Tak
przeraźliwy. Rozdzierający na pół kremowe płótno nadziei.
Jedno
pomieszczenie. Dwoje ludzi. I Ona. J e g o Królowa. Imaginacja.
Jej ogniste,
sięgające pasa, gęste włosy, opadały luźno upięte w warkocz. Porcelanowa twarz
odbijała się od potoku krwawej rzeki u jej smukłych stóp. A wielkie,
szmaragdowe oczy, lustrowały postać siedzącą w kącie pomieszczenia. Tak
skuloną. Tak kruchą. Tak… naiwną.
Kim była?
Całkowitym
przeciwieństwem Imaginacji. Odbiciem lustrzanym w krzywym zwierciadle.
- Spójrz na
mnie. – melodyjne echo odbiło się o bladozielone kafelki skąpane w purpurze.